Z Warszawy Polski Bus nas wiózł. Spaliśmy, śmialiśmy się, jedliśmy – jak to w podróży. Kiedy w Radomiu nastąpiła zmiana kierowców, jeden szepnął do drugiego:
– Uważaj! Wieziemy dużą grupę Ukraińców, w większości dzieci. Fajne, ale żwawe.
Sprostowałam:
– Wieziecie panowie dużą grupę Czeczenów, muzułmanów, uchodźców, w większości dzieci.
– A proszę – zdziwił się kierowca – Wyglądają zupełnie jak my.
Rzeczywiście, tylko Malika mała hidżab, reszta wyglądała jak my.

Gosia i Jarek.

Prowadzą w Szczawie dom otwarty. Dla podróżnych, zmęczonych, wypoczętych, dorosłych, dzieci, psów, kotów i innych stworzeń w potrzebie. Są zakochani, wiecznie uśmiechnięci, wymagają tylko doczepienia skrzydeł, żeby zostać aniołami. Chociaż Jarkowi przydałoby się śmigło, jak u Karlssona, który mieszka na dachu, żeby mógł pofrunąć ze swoją okrągłością. Pięknie podsumował ich Tamerlan: – Jesteście boscy i bardzo do siebie pasujecie. Jesteście prawie identyczni, różnicie się tylko grubością.

Pekin.

Pekin do nas przyszedł. Darek Popiela – Mistrz Europy 2017, finalista Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w kajakarstwie górskim. Zamiast nawijać o powołaniu, wytężonej pracy i zamęczać dzieci wywodami, rzekł krótko: – W szkole byłem niski, taki liliput. Nikt we mnie nie wierzył, mówili, że się nie nadaję. Miałem marzenie – Olimp. Marzyłem, ćwiczyłem, wierzyłem. Udało się. Wam też się uda. Darek przywiózł ku uciesze dzieci trzymetrowy kajak więc można było teorię przekuć w praktykę. Oprócz kajaka Darek ma przepiękną żonę Kamilę (Malika nie mogła wyjść z zachwytu i ciągle mnie pytała gdzie on taką znalazł) i dwie rezolutne córeczki, które chętnie poznawały dzieciaków z dworca Brześć.

Mikołaj i wory.

Mikołaj to był Jarek, ale z brodą. Worów nie miał, tylko rewelacyjne plecaki, do których Darczyńcy zapakowali podarki. Każdy plecak z karteczką: imię i wiek dziecka, matki i dwóch ojców. „Jeżeli kochać to indywidualnie”.

199 rysunków.

Tyle narysowały dzieci przy długim Gośki stole dla Darczyńców. Nikt nie stękał, że za dużo. Malowali z miłością i wdzięcznością.

Kolędnicy od serca.

Kolędników napotkaliśmy po drodze w góry. Odśpiewali nam „Chwałę na wysokościach” a nasze dzieci odwdzięczyły się im odśpiewaniem „Dzisiaj w Betlejem” (uczyłam przez miesiąc ale nauczyłam). Potem dzieciaki podzieliły się słodyczami, które dostały od Mikołaja Jarka. Mamy i dwóch tatów dali pieniądze – kto ile miał. Złotówkę, dwie ale od serca.

Górka w Gorcach.

Śnieg roztopniał. Toma stwierdziła, że to nie śnieg tylko błoto. Ja stwierdziłam, że to jednak śnieg. Dzieci przegłosowały moje stwierdzenie i zaczęliśmy po tym śniegobłocie zjeżdżać. Radośnie, hałaśliwie i po umorusańsku.

Co fotografowały mamy?

Spanie na piętrze (trzydzieści jeden osób, sześć na dole). Oswajanie rzeki, jakże podobnej do tych w Czeczenii. Zabawę dwóch najmłodszych: Sumai i Hadiży, które układały domek ze słonych paluszków. Chudzielca Edelbieka, który ucztował jak król. Miss Emisę z miotłą. Mojego Tamerlana, który wbrew swoim licznym chorobom i orzeczonej niepełnosprawności sprawnie opiekował się dwuletnią Hadiżką.

Amant.

Tamerlan właśnie poadorował wszystkie kobiety. Stwierdziły, że tylu komplementów nie usłyszały przez całe życie. Rozmawiał, rozbrajał, rozśmieszał. – Zobaczcie koniecznie! W internecie pokazali, że w Niemczech urodził się kot Hitler. Jestem pewien, że znęca się nad cudzoziemskimi kotami, zwłaszcza nad żydowskimi.