Marina (nie Hulia)

Marina – to bezdomna Białorusinka. Mieszka na warszawskiej Woli w straszliwym pustostanie. Wyłom w ścianie, ścieżka przez zwały śmieci i nieczystości. Firanka, przybita do betonu. Koc zamiast drzwi – i jesteśmy u Mariny. Mamy z dworca Brześć i mnie przywiózł Długi Radek.
– Marina jest rosyjskojęzyczna. Pojedźcie, porozmawiajcie.
Zdumione ujrzałyśmy zadbaną, uśmiechniętą, krzepką kobietę, która powitała nas serdecznie i zaproponowała herbatę. Długo rozmawiałyśmy, potem spotkałyśmy się jeszcze.
– Marino! Dlaczego tu jesteś? – spytałam, jak już byłyśmy na tyle blisko, że mogłam.
– Z miłości.

Bogdan

Miłość Mariny – to Boguś, bezdomny Polak, który siebie określa jako „pijaka, ale dobrego”. Cztery lata temu podszedł do Mariny w knajpie wietnamskiej. Myślała, że będzie żebrał. On popatrzył na nią tak, „jak nikt w życiu nie patrzył” i wyszeptał:
– Jesteś moim marzeniem, kobietą mojego życia. Bądź ze mną.
Została. Wtedy też, jak Milana, Rita i Zaira mieszkała w domu samotnej matki i ubiegała się o status uchodźcy (białoruskie KGB, obawa o siebie i dorosłą córkę). Statusu nie dostała, z domu samotnej matki pogonili. Mogłaby utrzymać się sama, ale był On.
– Pamiętasz, jak w „Małym Księciu”? Jeśli kogoś oswoiłeś, to nie możesz go opuścić. On stał się moją pracą całodobową, on i ta rudera, którą trzeba utrzymać w schludności.
– Uważasz się za bezdomną?
– Taki jest mój oficjalny status. Ja uważam, że mam dom i mam po co wstawać i walczyć co rano.
– Ciężko?
– Nieciężko jest rozpalić kozę czy umyć się w misce. Ciężko, jak on pije, kłamie. Rozumiem, wybaczam. Nie jest świadom, że robi źle. Jak był w więzieniu wyprano mu cały mózg. Teraz, jak dziecko, stawia pierwsze kroki. Zmienia się.
– Wstydzisz się go?
– Wcześniej tak. Odchodziłam na przystankach, udawałam, że go nie znam. Potem rozmawiałam, tłumaczyłam. Kochałam.

Śluby

Bogdan cztery miesiące temu oświadczył się Marinie. Świadkiem na ślubie został Ferdek ze Straży Miejskiej. Problem był ze świadkową. Marina dzwoniła, prosiła – wszystkie grzecznie odmawiały. Zgodziła się młoda dziewczyna wolontariuszka, no i stało się.

Dzisiaj też sypniemy ryżem na szczęście. Ślub biorą Ula i Krzysiek z altanki „Pod wesołym słonecznikiem”. Długi Radek jest świadkiem, ja świadkową. Dzieci z dworca Brześć narysowały ślubne rysunki. Dobrzy ludzie pod batutą Moniki, Natalii, Oli nazbierali podarków, a i garnitur oraz ślubną suknię oddali. Marina i Bogdan dzisiaj opuszczą swoją ziemiankę i też przyjdą złożyć życzenia.

Koty

W ziemiance mieszka kotek – pupil. Był też jeż, ale uciekł jak utył i wydobrzał. Marina patrzy na kota, potem na Bogdana.
– On jest jak ten kot – nakarmić, wykąpać, pogłaskać. Tylko, że wygląda jak orangutan. Beze mnie umrze.
– A nie boisz się, że ty umrzesz z nim?
– Nie. Dam radę. Byłam już w stanie śmierci klinicznej. Po coś Bóg mnie wyciągnął. To pewnie dla niego. Będziemy żyć.